RECENZJA CONTROL – INTERIA MUZYKA

Recenzja Kensington “Control”: Letnie festiwale czekają
by Rafał Samborski

Chcielibyście pojawić się na każdym z wielkich, letnich festiwali muzycznych? Po przesłuchaniu “Control” wydaje się, że Kensington również ma takie aspiracje.

http://muzyka.interia.pl/recenzje/news-recenzja-kensington-control-letnie-festiwale-czekaja,nId,2302217

Kensington jawi się jako kolejny muzyczny produkt eksportowy z Holandii. Cóż, niderlandzkie zespoły niespecjalnie grzały polską publikę – może z wyjątkiem nielicznych sukcesów na polu dance’u i metalu. A tu proszę: wyrasta nam kolos, który już teraz spokojnie wejdzie do czołówki mainstreamu, jeśli mowa o gitarowym graniu. Stoi za nim światowa produkcja, oczywiście wysterylizowana z brudu i odpowiednio ugładzona, aby bez problemu szaleć na falach radiowych w samochodach. Ale jednocześnie nie wywołuje odruchu natychmiastowego wyłączenia i nie urąga inteligencji. Znacie to? Jasne, że tak.

Bo powiedzmy sobie wprost: Kensington daleko do najbardziej oryginalnych grup w historii muzyki rozrywkowej. “Control”, mimo kilku eksperymentów, nic pod tym względem nie zmienia. Chociaż zdarza się muzykom lekko zakręcać przy swoich próbach okiełznania muzycznego świata, inspiracje są wyjątkowo czytelne.
Otrzymujemy więc połączenie starszego Coldplay, Kings of Leon pozbawionego południowych akcentów, rocka stadionowego spod znaku U2 i renesansu post-punku na modłę Editors. Co powstaje z takiej mieszanki? Rzecz zgrabna, ale niespecjalnie grzesząca odkrywczością i o znikomym poziomie ryzyka. A że po wszystkim okazuje się, że niewiele zostaje w głowie to inna sprawa.
Macie tu wszystko, dzięki czemu z pewnością zobaczymy Kensington wkrótce ponownie na jednym z wielkich festiwali plenerowych [muzycy grali już w Polsce na Life Festival Oświęcim 2015 i Przystanku Woodstock 2016; z kolei 17 lutego 2017 r. wystąpią na klubowym koncercie w Progresja Music Zone w Warszawie – przyp. red.]. Zanotujmy! Nośne refreny, które można bez problemu wykrzykiwać z tłumami? Proszę bardzo: jest chociażby na rozpoczynającym krążek “Do I Ever”. Swojskie “O-o-o”, sprawdzające się zarówno jako element piosenki, jak i środek, służący rozgrzaniu publiki? “Fiji”! Drobne elementy elektroniki, mające wywołać skojarzenia z latami 80. i wpisać się w modę na retro? Dostajemy “Slicer”.

Moment wytchnienia? Tytułowy utwór, który otwierającymi go partiami gitary może kojarzyć się z The Cure. Do tego wręcz zaskakujące na tle pozostałych utworów “Storms”, które swoim minimalistycznym podejściem do dawkowania dźwięku może kojarzyć się z późniejszymi albumami Talk Talk. Ewentualnie muzycy proponują także wolne i potraktowane mocno syntezatorami “Regret” – swoją drogą, wręcz niemożliwym jest nie wyobrazić sobie tu fanów, wykrzykujących “la la la” wspólnie z Eloiem Youssefem.
No właśnie. Co do Eloia – doskonale wpisuje się on w emploi wokalisty rocka stadionowego. Posiada mocny głos o przyjemnej barwie, którym potrafi zarówno wykrzyczeć, jak i wspiąć się na pułap delikatności, mający utwierdzić słuchaczy w przekonaniu o wyjątkowej wrażliwości lidera Kensington. Jasne, to bardzo proste chwyty: lekko płaczliwe akcentowanie, śpiew poruszający się na granicy szeptu, wdrożenie ciśnienia w wokal, potęgujące wrażenie dramatu. Składa się to na świadomość własnych możliwości, której spokojnie można wystawić piątkę w skali szkolnej.
Nie zdziwię się, jeżeli wkrótce nazwa Kensington będzie wkrótce nazwą równie rozpoznawalną, co Mumford and Sons czy The Killers. Brakuje mi tylko jednej rzeczy: własnego charakteru. Ale może to przyjdzie z czasem?

Kensington “Control”, Universal Music Poland
6/10